Do niektórych podań składanych przez Państwa w dziekanatach niezbędne są załączniki. Przykładem klasycznym jest tu podanie o dodatkowy termin egzaminu w związku z chorobą w trakcie sesji, do którego załączane jest zwolnienie lekarskie. Zwolnienie owo, co bardzo ważne, jest dokumentem, bowiem ma za zadanie udokumentować określoną okoliczność. W tym przypadku – Państwa chorobę, ponieważ zgodnie z Regulaminem Studiów dziekan może (!) po usprawiedliwieniu nieobecności w szczególności właśnie chorobą wyrazić zgodę na podejście przez Państwa do dodatkowego terminu egzaminu.

Z takiego zapisu wynika, że przedstawienie zwolnienia lekarskiego wcale nie oznacza automatycznej zgody na przedłużenie sesji. Owszem, w 99% przypadków dziekani takiej zgody udzielą, ale zdarzyło mi się już odmówić w sytuacji, gdy student przedstawił dwa zwolnienia, w zadziwiający sposób idealnie pokrywające się z terminami obu sesji. Widniała na nich pieczątka, na której nazwisko – jak się okazało nie przez przypadek – było identyczne jak nazwisko chorego, a do tego wszystkiego składający podanie student, niezależnie od posiadania zwolnienia, przychodził średnio na co drugi egzamin, pomimo choroby, dokonując selekcji: zapewne na podstawie kryterium chwilowego osłabienia objawów.

Pomijając jednak takie przypadki, dziekani nie rzucają raczej kłód pod nogi tym, których w trakcie sesji choroba zatrzymała w łóżku. Czynią to jednak z narastającą irytacją, wynikającą z narzekań wykładowców oraz realnej oceny bieżącej sytuacji. Gdyby bowiem wierzyć liczbom to populacja studentów SGH należy zapewne do najbardziej chorowitych na kuli ziemskiej. Na szczęście dzieje się tak zaledwie przez mniej więcej trzy-cztery tygodnie w roku, przez przypadek pokrywające się z terminami sesji.

Studenci chorują, a wykładowcy się denerwują, bo dodatkowy termin egzaminu to wcale niemało pracy, jeśli chce się taki egzamin potraktować należycie. Wykładowca ma na bieżąco wiele pracy, a tu nagle jeszcze przychodzi 30 osób, które mają zgodę na dodatkowy termin egzaminu. Wprawdzie można się domyślać, że gdyby faktycznie jednocześnie tak liczna grupa podupadała na zdrowiu, to oznaczałoby już prawie epidemię. Rzeczywistość jest jednak taka, że tych naprawdę chorych stoi przed egzaminatorem zaledwie pewien procent i z pewnością nie jest to sto procent. Czy można się dziwić, że nie wpływa to motywująco na wykładowcę, który ma zorganizować sprawdzian dla dużej grupy ludzi, spośród których może dwóch lub trzech w jego mniemaniu postępuje uczciwie i faktycznie nie mogło pojawić się na egzaminie z przyczyn medycznych? Przecież gdyby terminy dodatkowe były skutkiem realnych problemów zdrowotnych to w populacji osób najczęściej w wieku 19-24 miałyby one miejsce bardzo rzadko i wówczas każdy, a przynajmniej zdecydowana większość wykładowców podeszłaby do sprawy indywidualnie i chętnie. A tak… No cóż, skala zjawiska nie wzbudza, delikatnie mówiąc, pozytywnych emocji wśród kadry.

A właściwie skąd wzięła się ta reszta osób? No cóż, Internet aż huczy od sugestii. Nie jesteś w stanie, a może po prostu nie chcesz podejść do dwóch egzaminów w kolejnych dniach – załatw sobie zwolnienie. Wychodzi taniej niż warunek w przypadku niezdania… Nietrudno się domyśleć, że przynajmniej część zwolnień jakie studenci dostarczają do dziekanatów jest „skombinowana”. Znajomy lekarz z rodzinnego miasta nie odmówi przecież pomocy i wystawi zawczasu stosowny druczek. A jeśli nie wystawi – to wystawimy sobie sami. I tu jak dzwon pojawia się artykuł 270 kodeksu karnego, który jednoznacznie określa takie działanie jako przestępstwo, zagrożone do tego kara kilku lat więzienia.

Przestępstwem jest podrobienie dokumentu (pamiętają Państwo trzecie zdanie tego wpisu?), a także wprowadzanie w nim takich zmian, które mają wprowadzić w błąd jego „odbiorcę” – w tym przypadku potencjalnie udzielającemu Państwu zwolnienia dziekana. Również posługiwanie się wystawionym „na wszelki wypadek” zwolnieniem przez zaprzyjaźnionego lekarza („gdyby się okazało, że nie zdążysz, to masz, zanieś…) to posługiwanie się dokumentem fałszywym, z którego treści wynika coś, co w rzeczywistości nie ma miejsca, staje się w ten sposób czynem karalnym.

Powiedzą Państwo, że to science fiction? Że przecież jak miałoby to wyjść? A jak już wyjdzie to że niby ktoś pójdzie siedzieć za lewe zwolnienie lekarskie? No niestety, nic bardziej mylnego. Owszem, dziekani naprawdę oglądają dostarczane przez Państwa zwolnienia i je weryfikują. Fakt, nie wszystkie – wiele przypadków pozostanie niezauważonych. Jednocześnie jednak weryfikujemy dokładnie zarówno część zwolnień wybranych losowo, jak też i z definicji wszystkie te, które wydają się być szczególnie podejrzane.

Co rodzi szczególne podejrzenia – niech zostanie naszą tajemnicą, bo intencją tego wpisu jest zniechęcenie Państwa do pomysłu przedstawiania fałszywych zwolnień, nie zaś danie instrukcji w jaki sposób je spreparować żeby zmniejszyć szansę wpadki. Na pewno jednak odradzam w każdym razie przerabianie własnoręczne dat – jedna taka sprawa, rodem z „Gangu Olsena” (oglądali Państwo ten cykl duńskich komedii o gangu przestępców-nieudaczników?), zakończyła się już niestety nieprzyjemnie dla głównego winowajcy.

Co robimy, kiedy natrafimy na zwolnienie, które w naszej opinii jest sfałszowane? To, co zgodnie z przepisami zrobić musimy: zgłaszamy organom ścigania, które wszczynają postępowanie. I o ile zapewne w większości przypadków sądy, choć mogą, to jednak nie skażą nikogo na bezwzględne więzienie za przedstawienie podrobionego zwolnienia, o tyle wpis do rejestru skazanych jest raczej murowany, a to może znacznie utrudnić zdobycie wymarzonej pracy – dziś doszło do tego, że czasem nawet rodzice zatrudniający nianię żądają od kandydatek zaświadczenia z KRS. No a poza wszystkim, jest jeszcze odpowiedzialność przed Uczelnianą Komisją Dyscyplinarną.

Czy zatem warto ryzykować? Myślę, że nie warto. Ogółowi zmniejszają Państwo szanse sukcesu na dodatkowym terminie egzaminu na skutek podniesienia ciśnienia wykładowcy, który ma serdecznie dość nabijania go w butelkę na nie do końca oryginalne zwolnienia. Sobie robią sobie Państwo dużą krzywdę w przypadku, gdy sprawa wyjdzie na jaw. Ogólnie więc mamy połączenie działania aspołecznego z działaniem ryzykownym. I po co?

(Visited 1 024 times, 3 visits today)
The following two tabs change content below.
dr hab., prof. SGH; Dziekan Studium Licencjackiego SGH; kierownik Zakładu Metod Probabilistycznych w Instytucie Ekonometrii KAE

Ostatnie wpisy Bartosz Witkowski (zobacz wszystkie)